środa, 20 sierpnia 2014

Od Lysandra - C.D. Alastaira

Dokładnie nie wiedziałem, co będę musiał robić, ale wiedziałem, że mam spore szanse zostać dobrym zwiadowcą. To nie mogło być nic trudnego. Prawda?
- Gotowy? - skinąłem głową, więc basior zaczął. - Jakie predyspozycje powinien mieć właściwy zwiadowca? - zapytał mnie.
- Być szybki... - zacząłem.
- Dlaczego? - wciął mi się w zdanie.
- ...żeby zdążył obejść cały swój przydział. Zwinny, aby łatwo pokonywał napotkałe na swej drodze przeszkody. Silny, aby mógł zatrzymać wroga na linii terytorium. Spostrzegawczy, aby zauważyć coś niepokojącego. Bystry, aby prędko rozpoznał, czy nieznajomy jest wrogiem, czy zabłąkanym przechodniem... - wyliczałem. Nie miałem więcej pomysłów. - Oraz musi umieć walczyć, w razie, gdyby samo zatrzymanie przeciwnika nie wystarczyło.
- Dobrze... - mruknął basior z uśmiechem. - Czy pełniłeś kiedykolwiek to stanowisko?
- Byłem zwiadowcą i wojownikiem w starej watasze. Dwa lata.
- Znakomicie. Czy sumiennie wywiązywałbyś się z obowiązków zwiadowcy? Codziennie, przynajmniej przez dwie godziny, rano i wieczorem lub częściej patrolowałbyś swój przydział?
- Oczywiście. Ale... czy tyle wystarczy? A po południem i nocą? - zapytałem. W starej watasze, pół dnia i nocy spędzałem chodząc tam i z powrotem.
- Mamy wystarczająco zwiadowców, aby chodzili na zmianę. Jaki teren najbardziej by cię interesował?
- Wodopój - odrzekłem. Było to przyjemne miejsce, które chłodziłoby mnie w parne dni i zapewniało wodę. - Mogłoby być także Magiczne Drzewo.
- Zakątek Zakochanych? - zapytał Alastair. Niezbyt podobało mi się gapienie na słodkie pary, ale tam również płynął mały potok.
- Może być.
- W takim razie przejdźmy do praktyki. Sprawdzimy wszystkie te cechy, które wymieniłeś. Na początek może szybkość... - uśmiechnął się. Matko. Z tym było u mnie trochę słabo. Kiedy ostatnio biegłem, skończyło się, że Alastair musiał mnie ratować w swojej jaskini...


Alastair?
Jak mi poszło? ;P

Od Atuahy - C.D. Juana

- Hej.
- Hej! To dokąd chciałeś iść? Zaraz! To ja chciałam...! - powiedziałam i pobiegłam, zanim Juan zdążył coś powiedzieć. Biegliśmy ścieżką obok Lasu Rhei, Jeziora Tajemnic i Smoczych Skał. Dopiero tam zatrzymałam się zdyszana, czekając na dobiegającego basiora. Staliśmy z wywieszonymi jęzorami. Wreszcie wydyszałam:
- Veyer.. Nadal.. Sprząta?
- Tak... Myje podłogę. I zabroniła mi tam chodzić... Że niby mam brudne łapy i od razu wszystko pobrudzę.
Zaczęliśmy się śmiać. Juan był bardzo miły i miał poczucie humoru. Dobry przyjaciel.
- Czemu tak biegliśmy? - zapytał.
- A co? Nie było fajnie?
- Było, ale..
- Chciałam Ci coś pokazać. Tam wyżej jest jaskinia w której widać łapę jednego z kamiennych smoków. Reszta posągu się zawaliła i stworzyła tę jaskinię chroniąc ocalałą część przed żywiołami.
Poszliśmy tam. Czuć było moc pałającą z posągu. Weszliśmy do jaskini i podeszliśmy do łapy z kamienia.
- Wygląda jak prawdziwa - powiedział Juan.
- Prawda? Wydaje się, że zaraz się poruszy.
Wpatrywalimy się w pazury i łuski. Nagle wydało się, że łapa drgnęła.
- Chodźmy stąd. Ta moc miesza nam w głowie - oświadczyłam.
Juan z trudem oderwał wzrok od kamieni i wyszliśmy. Przeszliśmy kawałek i zatrzymaliśmy się.
- Niezwykłe przeżycie.
- No - potwierdziłam. - Chyba powinnyśmy już wracać.
- Tak. Jestem za.
Ruszyliśmy powoli w drogę powrotną. Nagle na naszej drodze pojawił się portal.
- Co to? - zapytałam.
- Wejście do Magicznej Krainy.
- Magicznej... Wchodzimy?

Juan?

Od Kinzoku - C.D. Rosy

Zdawało mi się, że Rosa troszkę się uśmiechnęła. Po krótkiej chwili poszła się napić. Popatrzyłem się na swoje odbicie. Westchnąłem. W wieku szczeniaka moi rówieśnicy bali się mnie ze względu na mój wygląd. Tym sposobem, byłem skazany na samotność. Nie wyglądało to jakby Rosa się mnie bała. To mnie uszczęśliwiło.
Pomyślałem, że czas się zbierać.
- Jakbyś czegoś potrzebowała, moja jaskinia, jest przed Lasem Rhei, cała z metalu, na pewno ją zobaczysz.
- Ok... - Powiedziała cicho.
Odszedłem w zadumie.
Czy ona też się mnie boi?

Rosa?

Od Kiznoku - C.D. Veyer

- Jak mam być miły dla kogoś kto ukradł mi mięso?! - Krzyknąłem.
Ognisty krąg powoli się kurczył.
Poczułem coś....metal!
Dużo metalu!
Postanowiłem przywołać tą wielką jednostkę.
Była płaska, lecz na tyle duża by zmieścić mnie i Veyer.
- Wskakuj! Szybko bo się roztopi! - Powiedziałem szybko.
Veyer szybko wskoczyła, zrobiłem to co ona i rozkazałem "platformie" z metalu aby ruszyła z dala od ognia.
Wkrótce mogliśmy spokojnie zejść z platformy.
Oddychałem ciężko, lecz powiedziałem do wadery
- Posłuchaj, myślę, że źle zaczęliśmy znajomość, możemy zacząć od nowa? - Zapytałem się jej.

Veyer?

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Od Juana - C.D. Atuahy

- A przechodzę sobie. Moja partnerka siedzi w jaskini i się zajmuje sprzątaniem. Niestety w tych sprawach jej nie pomogę. - powiedziałem ironicznie.
- Haha. Śmieszny jesteś. - powiedziała delikatnie śmiejąc się Atuaha.
- Tsa... Gdybym nie był to już nic bym nie miał w sobie pożytecznego.
- Nie no weź. Spoko jesteś.
- Thanks. Ty.. też .
- Miło mi.
- No to...
- Lubisz wodę?
- No.. Jestem wilk nocy... My słabo stoimy z wodą...
- Aha. Ale ja cię mogę nauczyć.
- Spróbuj. - powiedziałem sarkastycznie bo wiedziałem że to nie wypali.
A jednak. Atuaha świetnie pływała i uczyła wspaniale. Dokładnie wszystko wyjaśniała. Musiałem się pochwalić Vay.
- Dobrze. Głowa w dół i nurkujemy.
Zanurkowałem. Atuaha wyglądała śmiesznie dlatego nie wytrzymałem pod wodą długo.
Pływaliśmy już dobre dwie godziny. Było super. Ale powoli zbliżała się noc.
- Kończmy. Ściemnia się.
- Dobrze, ale musisz mi zapłacić. - powiedziała z uśmiechem.
- Co?
- Oczywiście nie chodzi mi o pieniądze. Jutro idziemy na spacer?
- No... Jeśli będę miał czas z chęcią przyjdę.
- Super. Będę czekać tutaj.
Następnego dnia, szybko poleciałem na spacer. Atuaha to super osóbka. Miła. Na przyjaciółkę zdaje się lojalna.
- Hej.
- ...

Atuaha?

Od Juana - C.D. Veyer

- Piękny i potężny. - powiedziałem ze sztucznym uśmiechem, by smok nie myślał, że się go boję.
Varetti chrząknął nerwowo, ale Vay opanowała sytuacje.
- Da się latać na smokach? - spytałem, kiedy Vay właśnie uspokajała smoka.
- Y... Da. Ale rzadko. Smoki tego tak bardzo nie lubią.
- A. Czyli przejażdżce dzisiaj mówimy "nie"?
- Dokładnie. Ale może kiedy indziej jak cię dobrze pozna.
- Okej. Var. Mogę tak na niego mówić?
- On jest Varetti albo Varti. Gdybyś powiedział Var mógłby nie wiedzieć o co chodzi.
- Rozumiem. Varti też pasuje.
Po 10 minutach zabaw ze smokiem Varti poleciał dalej. Poszliśmy dalej, w las. W lesie otaczała nas spokojna aura.
- Pięknie tu nieprawdaż? - spytałem.
- Bardzo. Te drzewa takie... Inne.
- Yhm... - odpowiedziałem wpatrując się w piękne drzewa, krzewy, kwiaty, ich pąki oraz w strumień, który żwawo pędził przed siebie.
- Odpływasz co nie?
- No...
- Tylko mi nie zniknij. - zaśmiała się Vay, ale po chwili gdy nie dostała odpowiedzi zaczęła gadać bym się tylko nie zapatrzył, bo ja tak robię i później trudno mnie "wybudzić".
- Pięknie... - nawijałem. Cudownie. Idealnie.
- Ju...?
- Super...
- JUAN !
- Tak!? - ocknąłem się.
- Ostrożnie z tymi komplementami.
Na szczęście wyszliśmy z lasu Rhei.
- No to co. Odprowadzę cię i idę bo muszę jeszcze iść coś upolować.
- Mmm... Dla mnie? Ten zając - wyśmienity.
- Ta, z najlepszego stadka. 5 km stąd.
- Mniam.
- To ja już będę się zwijał i idę na to polowanie.
- Dobrze.
Następnego dnia, dzień zapowiadał się bardzo słoneczny. Drzewa pięknie kołysały się we wschodzącym słońcu.
- ...

Vay?
Brak weny? Chyba nie ja ; )

Od Atuahy

Chodziłam sobie przy strumieniu. Było południe. Słońce świeciło, wiaterek wiał, idealna pogoda! Wykąpałam się i czekałam aż wyschnę. Zaczełam coś nucić. Najpierw śpiewałam cicho, potem zaczęłam głośniej, a w końcu rozśpiewałam się na całe gardło i zaczęłam tańczyć. Stanęłam na tylnych łapach i zrobiłam obrót, pomagając sobie skrzydłami. Opadłam na ziemię, kończąc piosenkę. Czułam się wspaniale!
- Dzień dobry. Masz w sobie coś z Wilka Muzyki? Myślałem, że to słowik. - powiedział jakiś głos. TEN głos! Anglik! Wrócił!
Odwróciłam się do niego.
- To ty!
- Nie da się ukryć - powiedział i wyszedł zza drzewa przy którym stał.
Jego wyglad oszołomił mnie. Miał białą, zadbaną sierść. Oczy jak kamienie szlachetne, ale największe wrażenie robiły, złożone teraz, ogromne skrzydła. No i dwa ogony. Mówił z leciutkim akcentem.
http://th06.deviantart.net/fs71/PRE/f/2012/285/d/6/dream_weaver_by_geheledin-d5hmx7u.png
- To jak? Wilk Muzyki? - zapytał znowu.
- Nie wiem. Może - odparłam nie mogąc oderwać od niego oczu.
- Jestem Spirit. Ale niektórzy mówią na mnie Mind Killer - przedstawił się kłaniając i całując moją łapę.
- Czemu?
- Bo psuję innym psychikę - odparł i roześmiał się.
- Czego tu szukasz?
- Nie mogę ci powiedzieć, ale nie chcę nikomu zrobić krzywdy.
Trochę już ochłonęłam. Tym razem był na terenie WSO. Muszę powiadomić Alfę. Albo raczej Alfy. Uśmiechnęłam się na myśl o Lessie i Alastairze razem.
- Muszę pokazać cię Lessie. W końcu jesteś tu intruzem - powiedziałam.
Już mieliśmy iść, kiedy nad strumyk przybiegł któryś basior z WSO, zapytał co tak tu sama siedzę, napił się, wykąpał i poczedł.
Stałam zaskoczona. Jakbym połknęła słup soli.
- On... Cię... Nie... Zauwarzył! - wyjąkałam.
Spirit tylko lekko się uśmiechnął.
- Choć! Lecimy tam gdzie jest zwykle najwięcej wilków. Muszę to wytlumaczyć - powiedziałam i pociągnęłam basiora za łapę. - A nie, ja nie umiem latać. - przypomniałam sobie i puściłam wilka.
- Jak to? Przecież masz skrzydła...
- No tak... Ale tak naprawdę jestem szczeniakiem w ciele dwuletniego wilka.
Opowiedziałam mu swoją historię.
- To dobrze trafiłaś! Myślisz, że czemu mam drugi ogon? Do lepszej stabilizacji w powietrzu! Jestem stworzony do latania! Nauczę cię! - zaofiarował swoją pomoc Spirit.
- Naprawdę?! Zacznijmy już dzisiaj! - bardzo się ucieszyłam.
- Niestety muszę już iść, ale poobserwuj ptaki. To ci pomoże - powiedział, pożegnał się i odszedł.

Od Jessiki - C.D. Veyer

Wreszcie dostałam swoją jaskinię w watasze! Nie mieszkałam już z rodzicami i siostrą! Aktualnie sprzątałam. Wszędzie walał się kurz i jakieś rupiecie. Poprosiłam Lessę o jakąś skrzynię, w której mogłabym trzymać swoje rzeczy. Wyczarowała mi ją bez żadnego marudzenia ani sprzeciwów. Zaciągnęłam ją do swojej siedziby i powrzucałam najulubieńsze przedmioty. W lesie znalazłam także miotełkę do zamiatania kurzy. Kręciłam się z nią po całym domu. I w pewnej chwili mój spokój został gwałtownie przerwany.
- JESS! - ryknął ktoś, stając w wejściu do mojej jaskini. Podskoczyłam lekko i spojrzałam spłoszona na właściciela głosu. A raczej właścicielkę...
- Oo... Cześć, Vay - mruknęłam. Wiedziałam, że była fanką Christophera. Wzdychała do niego jak każda z jego fandomu. - Chrisa tu nie ma. - dodałam natychmiast.
- Nie przyszłam do niego, tylko do ciebie - wyprostowała się i podeszła do mnie. Zdziwiło mnie to. - Chcę wiedzieć, co cię z nim łączy!
Zarumieniłam się gwałtownie. Więc wiem teraz, że nasza Veyer jest bardzo śmiała i mówi wszystko bez wahania. Super.
- A co ma łączyć? Przyjaźń. - wzruszyłam ramionami i odwróciłam się od niej, dalej sprzątając. Bałam się, że zobaczy moje zawstydzenie.
- Przyjaźń powiadasz? Nie wydaje mi się! Powiedział mi "Przybyłem tu dla Je...", i nie dokończył! Tylko jedna wilczyca w watasze ma imię, które zaczyna się na te dwie litery, więc nie próbuj się wykręcać!
Zamurowało mnie całkowicie, nie miałam pojęcia, co odpowiedzieć. Westchnęłam jedynie cicho. Co się ze mną stało? Powinnam jej teraz dociąć za mieszanie się w nieswoje sprawy!
- Vay, to raczej nie twój interes. Tam są drzwi. - wskazałam łapą wyjście, patrząc na nią chłodnym wzrokiem.
- Ale...
- Mam cię tam zaprowadzić, bo jesteś niewidoma? - fuknęłam.
- Nie. Ale...
- To w czym problem? Idź i nie zawracaj mi głowy, jestem zajęta!
- No dobra... - mruknęła niechętnie.
Wyszła z mojej siedziby, ociągając się. Odetchnęłam z ulgą. Co za natręt! Wróciłam do poprzedniej czynności. Mimo wszystko w uszach wciąż dźwięczały mi jej słowa. Powiedział mi "Przybyłem tu dla Je..."... Wiedziałam, że coś do niego czuję, ale nie byłam pewna, czy on odwzajemnia moje uczucia. A co jeśli chce, bym była jego kolejną przelotną miłostką? Nie wiem. Muszę to przemyśleć...

Od Alastaira - C.D. Lysandera

Odwiedzenie Zakątka Zakochanych przypomniało mi o wszystkich miło spędzonych tu chwilach z Lessą. Od razu jakoś tak ciepło mi się na sercu zrobiło. Uśmiech sam wstąpił na mój pysk. Ale musieliśmy iść dalej. Pokazywałem mu kolejne tereny. W końcu skończyliśmy zwiedzać. Jakoś tak przyjemnie rozmawiało mi się z tym wilkiem. Może uda nam się zaprzyjaźnić, kto wie.
- Słuchaj, Lysander - zagadnąłem, kiedy znaleźliśmy się przy jego nowej jaskini - jeśli będziesz potrzebował pomocy lub miał z czymkolwiek problem, to śmiało przychodź do mnie. Wiesz, gdzie mieszkam. Tak więc... - odchrząknąłem. - Życzę ci powodzenia w dalszym życiu. Obyś znalazł partnerkę i takie tam... - odwróciłem się, by odejść.
- Zaczekaj - mruknął. Spojrzałem na niego przez ramię z pytającą miną. - Jeszcze raz dziękuję ci za uratowanie życia... - mówił cicho.
- Nie musisz dziękować. To mój obowiązek. A teraz pozwól, że zajmę się swoimi sprawami, bo naprawdę jest ich sporo. - uśmiechnąłem się lekko i wzbiłem do lotu, po czym szybko odleciałem w swoim kierunku.

~*~

Kilka dni później Lysander miał mieć test na zostanie zwiadowcą. To właśnie mnie przypadło sprawdzenie jego umiejętności. Stawił się w wyznaczonym miejscu - na wielkiej polanie - kilka chwil przed świtem.
- Mam nadzieję, że wypocząłeś odpowiednio, bo mam zamiar dać ci wycisk. Zanim zaczniemy całe to sprawdzanie... chcę wiedzieć, ile wiesz o swojej przyszłej randze i znać twoje umiejętności. No już, nie ociągaj się. Pokazuj wszystko, co potrafisz. - ponagliłem go.
Chciałem, by był jednym z najlepszych zwiadowców.

Lysander? :)
Tak trochę brak weny...

Od Alastaira - C.D. Karudi

Pytanie nie było zbyt zaskakujące, bo prędzej czy później wyszłoby to w badaniach.
- Oczywiście, że mógłbym - odparłem zgodnie z prawdą, kiwając przy tym potwierdzająco głową. - Ale musiałbym trochę przy tobie popracować w jaskini medycznej. Wystarczy, że będziesz cierpliwa. Decyzja należy do ciebie, czy zechcesz poleżeć ze dwie godzinki na niezbyt miękkim łóżku... - spojrzałem na nią rozbawionym wzrokiem.
- Jak mus to mus - westchnęła. Uniosła się delikatnie z zamiarem wstania, ale natychmiast z powrotem  opadła na ziemię. Towarzyszył temu cichy jęk z jej pyska. - Nie wiem, czy dam radę tam dojść... - znów spróbowała się podnieść, tym razem przyszedłem jej z pomocą i posłużyłem jej jako podpora.
- Tureino - rzuciłem cicho. - Twój smok. Nie może cię tam zanieść? Jest już w pełni rozwoju, ostatnim stadium. Dowiedziałem się tego i owego od Lessy. - wzruszyłem ramionami. - Do rzeczy. Z tego, co mi wiadomo... powinien już mieć dość sił, by móc bezpiecznie donieść cię do najdalszych zakątków świata. Przywołaj go i niech zaniesie cię do jaskini medyków. Ja skoczę po coś do swojej siedziby. Dasz radę?
- Pewnie. - odpowiedź brzmiała krótko. Potem zamknęła oczy i najprawdopodobniej skontaktowała się ze swoim gadem.
Postąpiłem kilka szybkich kroków naprzód, a przy piątym lekko ugiąłem łapy i rozłożyłem skrzydła, po czym odbiłem się zwinnie od ziemi. Utrzymałem się w powietrzu i pofrunąłem w stronę jaskini, którą mogłem nazwać swobodnie domem. W sumie nie była tylko moja, właściwie to należała do Lessy. Na tylko wprowadziłem się do niej, jeżeli można tak to ująć. Wracając... Szybko doleciałem na miejsce. Wylądowałem, a że ziemia była sucha, gdyż od kilku dni nie padał deszcz, wzburzyłem w powietrze duszący pył. Zakaszlałem, dławiąc się nim. Błyskawicznie znalazłem się w środku. Podbiegłem do niewielkiej skrzyni, która należała do mnie. Trzymałem w niej swoje ulubione rzeczy. Zza szalika wyjąłem zardzewiały klucz i włożyłem go do odpowiedniego otworu w żelaznej kłódce. Przekręciłem go zręcznie. Kłódka spadła na ziemię, prawie przygniatając mi łapę. Miałem szczęście, bo gdyby jednak zgniotła moją kończynę... auć! Z lekkim trudem otworzyłem skrzynię. Zawiasy zaskrzypiały. Kiedy wieko opadło w tył z hukiem, zajrzałem do środka. Zacząłem przegrzebywać swoje rupiecie. Blisko dna - dodając, że ów skrzynia była pokaźnych rozmiarów - spostrzegłem kilka butelek mojego ulubionego napoju. Chwyciłem dwie i wystawiłem na zewnątrz. Zamknąłem skrzynię, zapiąłem kłódkę i klucz od niej schowałem z powrotem za szalikiem. Złapałem do pyska, z trudem, butelki i wyszedłem na zewnątrz. Tam ostrożnie upuściłem je i wziąłem do łap. Wzbiłem się w powietrze i skierowałem do jaskini medyków. Kolejny raz delikatnie upuściłem szklane butelki i ponownie chwyciłem je do pyska. Zaniosłem przedmioty do środka i postawiłem na stoliku przy łóżku, na którym siedziała Karudi.
- Co to jest? - natychmiast wskazała łapą butelki. Przyglądała się czarnej barwie napoju, który się w nich znajdował.
- Duńska Cola! - oblizałem się. - Receptura z 1865 roku.
Na butelkach znajdowały się plakietki(?) - lekko zakurzone - o, w większości, czerwonej barwie. Gdzieniegdzie można było ujrzeć białe okręgi, które miały być bąbelkami. W centrum znajdowało się logo firmy - biały księżyc, a na nim niby cień ćwierkającego ptaka - najprawdopodobniej słowika - siedzącego na gałązce z sześcioma listkami. Niżej napis "Cola". Chwyciłem do łapy pierwszą butelkę i zahaczyłem kapsel o kamienny stolik. Przycisnąłem go lekko i wygiąłem odpowiednio. Odskoczył, a cola w butelce lekko zasyczała. Podałem butelkę wilczycy. Potem otworzyłem swoją.
- Próbuj, polubisz to. - uśmiechnąłem się szeroko, po czym zaczerpnąłem spory łyk napoju. Gaz przyjemnie łaskotał moje gardło. Wyraźnie czułem w swoim wnętrzu bąbelki. Przełknąłem colę, a moje wnętrze zostało przyjemnie ochłodzone. W skrzyni panował chłód, więc napój smakował, jakby był świeżo wyjęty z lodówki.
Czekałem na reakcję wilczycy. Byłem pewien, że produkt firmy Fuglsang posmakuje jej i z chęcią wypije resztę. Ale, jak to mawiają, nigdy nie mów nigdy. Zawsze jest jakieś "ale". Patrzyłem na nią uważnie, gdy przyłożyła butelkę do pyska i przechyliła ją, a płyn dostał się do jej gardła.

Karudi? :D
Nie miałam pomysłu, więc oto powstało coś takiego. :P